wtorek, 30 grudnia 2014

Z cyklu: dzwoni klient do detektywa

Dzwoni klient i mówi (klient mężczyzna):
- czy działamy skutecznie
- robimy co możemy a w czym problem?
- potrzebuje twardych dowodów, że żona mnie zdradza,
- ok, pośledzimy, zrobimy fotki a coś więcej może Pan powiedzieć?
- ja Wam daje wszystko na tacy, Wy musicie tylko kamery założyć u kochanka i mamy wszystko.

W tym miejscu mamy banana na ustach

- uhm a może wejdziemy dodatkowo "z buta" jak będą u niego,
- oczywiście to chciałem zaproponować dodatkowo,
- oka to działamy

W tym miejscy nie wiadomo dlaczego ale nie odesłaliśmy kochanego klienta do pewnej agencji konkurencyjnej  jak to zwykle robimy.

- ile za to chcecie ?
- jak dla Pana to za darmo, co będzie Pana ta ździra zdradzać.

Niestety, mimo planu, że troszeczkę dłużej sobie pożartujemy wybuchnęłam śmiechem i powiedziałem, żeby sobie kochany klient przemyślał to co powiedział i jak wróci mu rozsądek to chętnie dla niego popracuję.

Pewnie nie zadzwoni :)

Kochani, nie robimy tak jak w opisanym przypadku. Jeśli, klient udostępni nam lokal i co najważniejsze jest jego własnością to założymy mu kamery. Z buta nie zamierzamy wchodzić.


poniedziałek, 29 grudnia 2014

Jeszcze nie skończył się grudzień a my już mamy grafik działań detektywistycznych na styczeń

Skończyły się święta, czekamy na Sylwestra a my jak to zwykle bywa planujemy działania na styczeń.

Przed świętami podpisałyśmy kilka umów a dziś telefon dzwoni jak szalony.
Zawsze tak jest, że po świętach mamy sporo nowych klientów.

Dlatego też, jeśli ktoś chce aby działać dla niego w styczniu to musi się pospieszyć.

Pozdrawiamy
Detektywki

piątek, 26 grudnia 2014

Zaginęła Joanna Kałabun z Siedlec



Joanna  Kałabun zamieszkała w Siedlcach przy ulicy 11 Listopada w sobotę,  13 grudnia o godz. 15.30 wyszła z domu z zamiarem dokonania zakupów w Galerii Siedlce i do chwili obecnej nie powróciła do miejsca zamieszkania oraz nie nawiązała kontaktu z rodziną.

Rysopis zaginionej: wiek z wyglądu około 30 lat, wzrost ok. 170 cm, szczupłej budowy ciała, włosy w kolorze ciemny blond proste krótkie, poszukiwana posiada pieprzyk na lewym policzku między nosem a górną wargą.

W dniu zaginięcia kobieta ubrana była w zimowe sznurowane buty tzw. trapery koloru czarnego, czarne spodnie legginsy, zimową kurtkę z kapturem koloru niebieskiego przepasaną paskiem. Na głowie miała zimową szarą czapkę.

Wszystkie osoby posiadające informacje dotyczące aktualnego miejsca pobytu zaginionej bądź posiadające jakiekolwiek informacje dotyczące jej zaginięcia proszone są o kontakt z oficerem dyżurnym siedleckiej policji pod nr tel. 25-643-23-60 lub 997.

Można również dzwonić pod numer tel. 694-124-106

(źrodło: http://www.podlasie24.pl)

czwartek, 4 grudnia 2014

Uwagi do mojej konkurencji detektywistycznej z Warszawy, Gdańska, i innych miast

Czego dotyczy ten post?

Otóż nasze biuro zawsze podpisuje umowy. Umowa składa się z 5 kartek. Wiem, że to dużo ale zabezpiecza ona klienta i nas a przede wszystkim wskazuje co mamy zrobić i dokładnie za ile.

Umowa była długo redagowana aby była zgodna z przepisami prawa. Kiedyś była na 2,5 strony ale doświadczenie detektywistyczne co jakiś czas nakazywało dopisywać kolejne paragrafy.

W międzyczasie okazało się, że treścią naszym umów posługują się inne biura - niektóre "rżną" ja na żywca a niektóre tylko w części starając się nie poradnie ją modyfikować.

Co najlepsze, te agencje detektywistyczne myślą, że ja nie wiem o tym :) Tak jest w Warszawie i nawet w Gdańsku.

Informuję więc szanowne grono detektywistyczne, że w grudniu następuje coroczna aktualizacja treści naszych umów, tym razem podyktowana także zmianami w prawie - jakimi? Nie powiem, poczytajcie może zauważycie. :P

A więc, nie kradnijcie naszej treści. Zmuście szare komórki do myślenia i zróbcie swoją albo dajcie parę złotych kancelarii prawnej to Wam taką stworzą. Wiem, możecie powiedzieć, że mi łatwiej ją przygotować bo w moim biurze mam osoby po prawie ale nie zawsze tak było.

pozdrawiam brać detektywistyczną :)


środa, 12 listopada 2014

Detektyw w przebraniu hydraulika podkłada kamerę. :) :) :)

Spotkanie z klientką. Sprawa dotycząca zdrady męża.

Klientka na wstępie rozmowy mówi, że wie jak już to zrobić by szybko mieć dowody. Uwielbiam takie wskazówki.
Otóż szanowna pani twierdzi, że wystarczy, że w przebraniu hydraulika wejdziemy do mieszkania kochanki i założymy kamerę, dodając: "przecież to dla Wasz prościzna - chwila i po sprawie"

Widząc jej zadowolenie w oczach :) kapituluję i rezygnuję z tłumaczenia, że po pierwsze nie jest to realne, po drugie niezgodne z prawem a po trzecie, że wystarczy zrobić fotkę jak wieczorem razm wchodzą do budynku a rano razem wychodzą, ewentualnie w weekend ich pośledzić i wykonać fotki jak idą na zakupy, itp.

Oczywiście kochaną klientkę wysłałam do firmy, która się pode mnie podszywa. Oni podobno mają przebrania hydraulików. :) :)

sobota, 8 listopada 2014

Dowody zdrady dla sądu? - jakie dowody zdrady stanowią dowód w sądzie?

Po ostatnich rozmowach z klientami i naczytanie się artykułów w internecie, w których to wypowiadają się "nowi" a także "starzy" detektyw chciałabym zabrać głos w tej arcyważnej kwestii CO STANOWI DOWÓD ZDRADY DLA SĄDU w przypadku wykorzystania biura detektywistycznego.

Po pierwsze zdjęcia/nagrania - takie gdzie mąż całuję inną, gdzie idzie z nią za rękę, jak razem wchodzą do hotelu i z niego wychodzą. Także dowodem będzie wykazanie poprzez dokonanie dokumentacji fotograficznej jak mąż systematycznie po pracy spędza czas (w restauracji, kinie, samochodzie) z tą samą Panią lub innymi a nie są to spotkania biznesowe. Systematyczne wchodzenie i wychodzenie z daną Panią do budynku też stanowi dowód.
Dowodem będzie także fotka jak mąż parkuje tam gdzie nie powinien.

Musimy pamiętać, że nagranie musi mieć określoną jakość tak aby rozpoznać twarze i ewentualnie miejsca. Dlatego też, specjalizujemy się w używaniu aparatów foto (głownie lustrzanki NIKON - takie zboczenie :) ) w różnych sytuacjach - nawet na śniadaniach w hotelach a także w restauracjach.
Nie używamy kamer w okularach ani zegarkach bo pierwsze wspomniana już jakość tych urządzeń nie jest dla nas zadowalająca a przede wszystkim w tych okularach wygląda się strasznie debilnie.


To są dowody, które powinny udowodnić winę.

Nasza kobieca agencja na takie dowody się nastawia.

Nie wierzcie w różne głupie obietnice jak np: "ja Pani monitoring wyciągnę z tej ulicy, tylko wie Pani to kosztuje 3 tys z góry i bez umowy bo ja łamię prawo"
"założymy kamerę na drzwiach wejściowych do mieszkania i nagramy jak mąż z nią wchodzi:
"proszę Pani dziś jest taka technika, że przez ścianę w hotelu spokojnie nagramy ich głosy" i inne takie pokazywane w serialach.


piątek, 7 listopada 2014

Nasz blog detektywistyczny jest bardzo poczytny

Właśnie zauważyłam, że nasz blog przekroczył liczbę 10 tys wyświetleń.
Statystki pozwalają mi na sprawdzania co Was interesuje - jakie zapytania dajecie do google.

Otóż wiele Was pyta o objawy zdrady i jak zdobyć dowody na zdradę.

Druga grupa zapytań związana jest z zasadami zdobycia licencji detektywistycznych i założenia działalności w tym charakterze, Nowi Detektywi często mój blog odwiedzają szukając informacji na temat jaki wybrac aparat i ogólnie jak działać - to cieszy, że udaje mi się być wzorem.

Najlepsze zapytanie po jakim wyświetlił się mój blog to: :czy mój mąż to debil" :)

Kochani czytelnicy dziękuję i jeszcze raz dziękuję za zainteresowanie tymi moimi wypocinami. :)

piątek, 31 października 2014

Nowi Detektywi w natarciu - zrobienie licencji detektywa a możliwości zatrudnienia a branży detektywistycznej

Po zmianie deregulacyjnej, likwidującej wymóg uzyskania licencji detektywa poprzez zdanie egzaminu, namnożyło się wielu "nowych" detektywów, którzy niestety ale nie mogą znaleźć zatrudnienia a z powodów finansowych i obawy przed ryzykiem nie chcą zakładać działalności.

Cóż, życie weryfikuje czy warto było kończyć kurs detektywistyczny i wyrabiać licencję.

W ciągu tygodnia mam 4 telefony od "nowych". Dziś miły Pan oświadczył, że obycie detektywistyczne zdobył w firmie detektyw..(nie dokończę ale to firma z Lublina mająca swoje odziały w każdym mieście, ba nawet nie wiem czy nie w każdej wiosce - jak się domyślacie jest to nierealne - my w branży wiedzieliśmy o jakości ich działań ale klienci nie wiedzieli :).

Jak tylko usłyszałam nazwę to od razu pomyślałam "masz się chłopie czym chwalić". Okazało się, że Pan Detektyw dopiero co wyrobił licencję a więc wniosek, że działał dla w/w firmy bez licencji - o tym branża też wiedziała ale klienci nie :).

Bardzo mi przykro, że nie przyjmę do siebie nikogo z nowych. Wina leży po stronie ustawodawcy. Zasady zdobywania uprawnień powinny być zmienione. Nie koniecznie należy wprowadzać egzamin ale rozbudować system szkoleń, itp. Tylko kto by je mógł prowadzić? Wielcy "starzy" detektywi - wyjadacze robiący fotki tabletami? Wszystko to jest poje..... i robione "po polsku" czyli aby jakoś tam było.

Nie ma co się smucić i denerwować. Najważniejsze to trzymać poziom :)

piątek, 24 października 2014

Mąż GAY (GEJ) - trudny temat dla kobiety (ZDRAD MĘŻA z INNYM MĘŻCZYZNĄ)

Wklejam Wam treść artykułu ze strony: http://www.wysokieobcasy.pl/wysokie-obcasy/1,53664,15184495,Zona_geja.html

Osobiście miałam kilka spraw, gdzie okazywało się, że mąż jest gejem. Tak jest. Nie, że nagle się stał. Był zawsze.

Drogie młode Panie. Rozumiem, że wiele z Was ma wychowanie katolickie i chcecie aby ten pierwszy raz był po ślubie itd. Musicie jednak zwracać, że jeśli Wasz facet nie dąży do zbliżenia to wg mnie może być to dziwne bo facet zawsze myśli o seksie.

Żona geja

Maria Mamczur

07.01.2014 , aktualizacja: 23.12.2013 16:28

43 proc. homoseksualistów powyżej czterdziestki żyje w związkach heteroseksualnych. (Prof. Zbigniew Izdebski)

1. 

Ona: Przed ślubem chciał mi powiedzieć. Widziałam w jego oczach to coś, co potem przez lata wspólnego życia nie dawało mi spokoju. Miał ściągniętą twarz. "Wiesz, muszę ci " - wydusił. A ja zacisnęłam oczy ze strachu. Nie chciałam wiedzieć! Niepotrzebne mi były te jego tajemnice. Inna kobieta? Co mnie obchodzi? To już przeszłość! Za dwa dni mieliśmy wziąć ślub. Byłam szczęśliwa i on też miał być szczęśliwy razem ze mną! Byłam gotowa być szczęśliwa w dwójnasób, za nas oboje, jeśli w nim było niewystarczająco dużo uczucia.

On: Krótko przed ślubem postanowiłem jej powiedzieć: "Nie będzie ślubu. Nie mogę cię skrzywdzić". Otwierałem drzwi do jej mieszkania. Zobaczyłem jej radosne oczy Zabrakło mi odwagi. No i kochałem ją, niech mi pani uwierzy. Na ślubie, pod koniec mszy, modliłem się żarliwie, żeby nam się udało.

Ona: Długo nie zdawałam sobie sprawy z tego, kim jest. Był delikatny, czuły i cierpliwy. To właśnie w nim pokochałam. I to, że czytaliśmy te same książki, słuchaliśmy tej samej muzyki. Mogłam z nim rozmawiać godzinami. Rozumiał mnie. Był mądrym przyjacielem. Nie tak jak mój ojciec, typowy samiec alfa. Despotyczny, nielubiący kobiet, egzekwujący dyscyplinę pasem. Pewnie pani myśli, że bałam się prawdziwych mężczyzn? Nie bałam się. On nie był moim pierwszym facetem. Jednak nie miał tego, co drażniło mnie u innych - gruboskórności, rechotliwego poczucia humoru, piwnego oddechu, zapachu potu w sypialni na dobranoc i sterty brudów w łazience na dzień dobry.

Tak, był przystojny, schludny, czarujący i miał fantazję.

On: Nie była moją pierwszą kobietą. Pierwsza była Baśka, o sześć lat starsza ode mnie. Poznałem ją na wakacjach w Bułgarii. Właśnie skończyłem studia. Bracia się pożenili. Schorowani rodzice liczyli na to, że i ja ułożę sobie życie. Czułem presję. A Baśka była fajna. Wszędzie razem, na spacerach, tańcach. Bez seksu. Ona myślała, że jestem nieśmiały; ja - że po prostu zabrakło chemii. Po wakacjach tęskniłem bardzo. Po trzech tygodniach pojechałem do niej. Spaliśmy razem, ale znowu do niczego nie doszło. Czy domyśliła się? Chyba nie. Pisaliśmy do siebie piękne listy. Spotkaliśmy się raz jeszcze. Powiedziała, że wychodzi za mąż. Nie zdaje sobie pani sprawy, jak bardzo mnie to zraniło. Jak bardzo poczułem się odrzucony. Siedziałem roztrzęsiony nad ślubnymi życzeniami godzinę i nie potrafiłem sklecić najprostszego zdania.

2. 

Ona: Poznaliśmy się na parapetówce u kolegi. Oczarował mnie błyskotliwością i znajomością dobrych książek. Świetnie tańczył i gotował. Kilka kolejnych wspólnych imprez. Dużo alkoholu. Wylądowaliśmy w łóżku. To był seks letni, bez wielkich uniesień, ale pomyślałam wtedy: to wina alkoholu.

On: Zaraz po zapaliłem papierosa. Byłem w euforii. Pomyślałem: przecież stać mnie na normalne życie z kobietą! Tak bardzo tego chciałem!

A potem dużo seksu - zawsze po alkoholu - imprezy, wspólny wyjazd. Staliśmy się parą. Przywiązaliśmy się do siebie. Wiem, że nie powinienem doprowadzić do tego małżeństwa, bo cały czas w głębi duszy pragnąłem kontaktów z mężczyzną.

3. 

Ona: To zawsze ja inicjowałam seks. On stosował uniki. Niby odpowiadał na moje pocałunki z czułością, pieścił, ale na tym się kończyło. Odwracał się plecami. Narzekał na migrenę albo ból żołądka. Mówił, że ma nerwicę. Że go onieśmielam. Stresuje się. Przepracowany. Martwi się chorym ojcem. Musi się wreszcie wyspać. Przeszkadza mu, że ciągle gadam. Że naciskam.

Kupiłam jedwabną bieliznę. Zachwycił się, ale nie podniecił. Prosiłam, by umył mi plecy. Umył, ale nie podjął gry.

Więc seksu było mało. Bez rewelacji. Jednak zaszłam w ciążę.

On: Oddalaliśmy się stopniowo. Odpychała mnie jej zaborczość i autorytarność. Ja zawsze w defensywie, bo przecież nie byłem do końca uczciwy. W łóżku obok leżała moja żona, a ja marzyłem, by zamiast niej był w nim facet z moich fantazji. Kto? Nikt konkretny. Czasami miał twarz aktora, którego widziałem niedawno w filmie. Czasami oczy obcego chłopaka, którego minąłem na ulicy. Ale im bardziej nierealna była ta postać z fantazji, tym bardziej tęskniłem do kogoś kto byłby obok mnie naprawdę. Nie chciałem się kłócić. Wycofywałem się. Nie byłem asertywny. A ona była coraz bardziej podminowana. Urodziła się pierwsza córka. To nas znowu zbliżyło. Odwiozłem żonę do szpitala. Wracałem do domu przez Planty i miałem wrażenie, że nie idę, ale unoszę się ze szczęścia.

Ona: Zaczęłam krwawić między miesiączkami. Ciągle bolało mnie podbrzusze. Ginekolog spytał, czy jestem mężatką. I kiedy ostatnio współżyłam. Zdiagnozował u mnie zespół wdowy. Inna lekarka, z długim stażem, powiedziała ze współczuciem: "Wie pani, że kobieta niespełniona w związku płacze macicą?".

Płakałam nie tylko macicą. Byłam wściekła. Ta wściekłość narastała we mnie za dnia. Doprowadzała do furii. A kiedy już miażdżyłam go jak robaka, na przykład za to, że za długo siedział u swojej matki, on zamiast jak facet postawić się, bez godności kładł uszy po sobie. Nienawidziłam tego, jak się tak kulił, zamykał w sobie. Nie jak facet. I dźgałam na oślep. Odrzucał mnie, to czułam. I to, że byłam dla niego nieatrakcyjna. Miał inną? Chciałam to wiedzieć. I za to siebie nie lubię - zaczęłam go szpiegować.

On: Na wakacjach w Bułgarii zrozumiałem, że homoseksualizmu nie da się wyleczyć. Córka spała w ciągu dnia. Ja na zmianę z żoną chodziłem na plażę. Na ręczniku obok leżał mężczyzna. Zaiskrzyło. Obserwowałem go, chowając twarz za książką. Uśmiechnął się. Zapytał, co czytam. Był Niemcem. Wymieniliśmy się telefonami. Nie miałem odwagi dłużej z nim rozmawiać.

Chce pani wiedzieć, co wtedy czułem? Podniecenie, napięcie szaloną radość. Ale też niepokój. Bałem się przekroczyć tę niebezpieczną granicę. Bo o tym, że nieznajomy z plaży to gej, byłem przekonany. Tej nocy i podczas kilku następnych wyobrażałem go sobie obok siebie w łóżku. Obok leżała żona, a ja już w ogóle nie mogłem Była zdziwiona, wściekła. Następowały ciche dni. Zdaję sobie sprawę, że w tym okresie mogła się czuć niepełnowartościowa jako kobieta.
Niech mi pani uwierzy. Chciałem to przeczekać. Aż minie. Uciekałem w pracę i obowiązki. Budowa domu, własny biznes, kwiaciarnia, wożenie córki do szkoły, na basen, na lekcje języków obcych itenisa. Kiedy kończył się dzień, marzyłem tylko o tym, by spać.

Ona: Byłam na niego wściekła, ale też za nim tęskniłam. Ciągle go kochałam. Może seks nie jest najważniejszy? - racjonalizowałam. Może wystarczy tylko to, że on jest dobry dla mnie i dla naszej córki? Zapobiegliwy, czuły, opiekuńczy?

4. 

On: Żona z córką wyjechała nad morze. Siedziałem sam w domu. Słuchałem radia. Nagle wywiad ze Sławkiem Starostą, redaktorem pisma dla gejów. Jakbym się obudził. On mówił o takich ludziach jak ja. O mnie!

Tego nie da się opisać, co wtedy poczułem. Totalna gorączka i rozsypka. Telep. Pandemonium.

W piśmie Starosty znalazłem ogłoszenia towarzyskie. Z chłopakiem z ogłoszenia spotkałem się w kawiarni. Nałożyłem ciemne okulary i niech mi pani wierzy, miałem ochotę powiedzieć już na wstępie: "Mnie ten problem nie dotyczy". Chłopak był znacznie młodszy. Stracił pracę i mieszkanie. Zaproponowałem mu robotę przy wykończeniu domu. Spotykaliśmy się często. Byłem rozdarty. Nie wyobrażałem sobie życia bez rodziny. Jego więc kochałem platonicznie.

Ona: Nie wiem, ile trwał ich romans. Nie chcę wiedzieć. Zostawił kiedyś w domu telefon. Przejrzałam pocztę. Ostatni SMS był od chłopaka, który pracował przy budowie naszego domu. "Dziękuję ci za pomoc, za wszystko, co dla mnie robisz. Buziaki na dobranoc". Buziaki?! Dostałam torsji. Ledwo dobiegłam do łazienki. "Obrzydzenie", "wstręt" to za słabe słowa, by opisać, co czułam. Przez 12 lat byłam z gejem? Kim byłam dla niego? Parawanem? Wyjęłam z barku butelkę koniaku. Po trzeciej lampce zaczęłam dzwonić pod numery znalezione w telefonie. Po tamtej stronie młodzi mężczyźni. Odkładali słuchawkę. Tylko jeden chciał rozmawiać. Powiedziałam mu, że się zabiję.

On: Zostawiłem telefon w domu i zaczęła się inwigilacja. Głuche telefony. Sprawdzanie, gdzie jestem i czy jest ze mną ten chłopak. Nie wytrzymałem. Zrobiłem kawę. Siedliśmy przy stole jak zwykle, kiedy mieliśmy coś ważnego do przedyskutowania. "Już nic więcej dać ci nie mogę - powiedziałem. - Ty sobie jeszcze życie ułożysz. A ja To nie jest ode mnie zależne. Przykro mi, ale interesują mnie mężczyźni".

Wie pani, że wtedy po raz pierwszy odczułem ulgę? I zdziwienie, że poszło tak gładko. Ona była niespodziewanie spokojna. Zaproponowała przyjaźń. W końcu mamy dziecko, dom, kwiaciarnię.

Ona: Miotałam się między skrajnościami. Chciałam zabić siebie. Zabić jego. Jego okaleczyć. Ośmieszyć, puścić w skarpetkach, unicestwić. Odciąć od córki i rodziny. Ale też chciałam walczyć o niego, zapomnieć o tym gównie, ratować nasze małżeństwo, dom. Nawet poszłam do psychologa. "Niech pani wyleczy z homoseksualizmu mojego męża" - rozpłakałam się już w drzwiach.

On: Wiem, że ją skrzywdziłem bardzo. Powinienem jej powiedzieć. Ale sam nie chciałem o tym pamiętać. Chciałem być normalny. Zamroziłem w sobie tamte uczucia. Powiem pani szczerze, ja dopiero teraz odzyskuję z pamięci dawne wydarzenia. O tym, jak w pierwszej klasie podstawówki dotyk kolegi przyprawiał mnie o dreszcze. Nie rozumiałem dlaczego, ale też się nie zastanawiałem. Na lekcjach religii on siedział obok. Głaskał moją rękę. Ksiądz zauważył. Zrobił awanturę. Zrozumiałem, że to, co czuję, jest złe.

Albo jak miałem 14 lat. Zadzwoniłem do telefonu zaufania. Opowiedziałem psycholożce o koledze. Próbowała mnie pocieszyć, że to normalna w tym wieku fascynacja przyjacielem. Ja jej na to, że lubię jego dotyk. I mam fantazje. "To bardzo niedobrze!" - zmartwiła się. Zamknąłem się w łazience i płakałem.

W pierwszej klasie technikum spodobał mi się kolega z klasy. Bardzo chciałem się z nim zaprzyjaźnić. Był w tym podtekst erotyczny, zabrakło mi więc odwagi. To były lata 70. Wtedy inna orientacja seksualna to było tyle co zboczenie. A jednak zaprzyjaźniliśmy się. Miałem 18 lat, kiedy doszło między nami do niewinnego zbliżenia. Nieśmiałe pocałunki, delikatne pieszczoty. Kilka tygodni później byliśmy sami w pokoju w internacie. Siadłem obok przyjaciela, objąłem go ramieniem. On spojrzał na mnie z obrzydzeniem: "Ty pedale!". Wybiegłem z pokoju. Chodziłem po mieście. Myślałem obsesyjnie o tym, że jestem obrzydliwym zboczeńcem i nikt nie może się o tym dowiedzieć. Tak to bolało, że zamroziłem te emocje na 12 lat.

5. 

Ona: Psycholożka powiedziała, że homoseksualizm jest nieuleczalny. Jednak nadal chciałam walczyć o męża. Byłam gotowa krzyczeć: "Zostań ze mną! Seks nie jest aż tak ważny!". Ale widziałam wyraźnie, że machina ruszyła. On już był po tamtej stronie. Tego nie dało się zatrzymać. Myślałam, że wzbudzę w nim zazdrość. Zrozumie, co stracił. Portale randkowe, jawne flirty, romanse.

I wie pani, że był zazdrosny? Tego nie mogę zrozumieć. Pies ogrodnika?!

On: Czy byłem o nią zazdrosny? Nie wiem. Powiedzmy, że bolała mnie jej nielojalność. Nie mogłem znieść tego napięcia. Wyprowadziłem się. Tak, czułem się winny, więc zostawiłem żonie i córce kwiaciarnię i dom. Zamieszkałem w wynajętej kawalerce bez mebli. Leżałem na materacu. Patrzyłem na gołe ściany i płakałem. Brakowało mi domowych odgłosów. Świadomości, że za ścianą, w swoim pokoju śpi córka. Że właśnie skrzypnęły drzwi do łazienki, zamiauczał kot, ktoś gotuje wodę na herbatę.

Ona: Nienawidzę go. Dlaczego właśnie mnie sobie wybrał? Jestem mniej kobieca niż inne?

On: Rozpaczliwie szukałem kogoś bliskiego. To pułapka. Raz facet mnie wykorzystał finansowo. Kiedy indziej wydawało mi się, że mam szanse na stały związek. Spotykałem się z chłopakiem. Ledwie się z nim rozstałem, dostałem SMS-a przeznaczonego dla kogoś innego: "Stęskniłem się. Jestem taki spragniony. Czekam". Ta zdrada bolała. A sam seks też nie był tak fantastyczny, jak się tego spodziewałem. Seks z mężczyzną nigdy nie jest tak pełny jak z kobietą. Żadnego trzęsienia ziemi.

Ona: Czuję się ubrudzona.
On: Napisałem do córki setki listów. Spaliłem. Mam jednak nadzieję, że będzie pamiętać, kto czytał jej bajki i układał ją do snu. Że zrozumie, jak bardzo ją kocham.

Ona: Proszę już do mnie nie dzwonić. Zresztą zmienię numer. Muszę to zamknąć. Wymazać.

Z psycholożką Agatą Engel-Bernatowicz rozmawia Maria Mamczur:

Kiedy kobieta dowiaduje się, że mąż zdradził ją z mężczyzną i że na dodatek on w ogóle woli mężczyzn - czuje wstyd, upokorzenie, myśli o samobójstwie. To dla niej życiowa katastrofa. 

Najlepsze, co wtedy może zrobić, to zatroszczyć się o siebie. Przepracować z pomocą terapeuty wszystkie emocje, które się pojawiły. Wypłakać, przeanalizować i wreszcie udźwignąć ciężar tego doświadczenia.

Zdrada zawsze oznacza kryzys w związku. To nadużycie zaufania, złamanie umowy, cierpienie, uczucie odrzucenia. Niezależnie od tego, z kim ta zdrada się dokonała, czy w związku heteroseksualnym, czy homoseksualnym.

Należy sobie uświadomić, dlaczego doszło do zdrady z osobą tej samej płci. Co to mówi o partnerze? Kiedy kobieta będzie miała większą wiedzę na temat psychoseksualności człowieka, będzie jej łatwiej zrozumieć, że chociaż partner zdradził ją z mężczyzną, to ta zdrada nie była wymierzona w nią jako kobietę. Mówi za to o jego tożsamości psychoseksualnej. I o tym, że ten człowiek przez całe życie ukrywał dramat, że musiał sobie poradzić z doświadczeniem, które nie było zgodne z jego scenariuszem życiowym. Bo skoro się związał z kobietą, to znaczy, że jego scenariusz życiowy wyjściowo zakładał związek heteroseksualny.

Scenariusz zakładał związek heteroseksualny, chociaż jest gejem? To świadome oszustwo? Kobiety, które wychodzą z takiego związku, mówią: "Byłam jego parawanem, kamuflażem". 

Żeby zrozumieć, co działo się w życiu tego człowieka, musimy się cofnąć do jego wczesnej młodości. Zwykle dziecko w okresie dojrzewania, zakochując się w osobie przeciwnej płci, doświadcza fascynacji, pobudzenia, ale też niepokoju, czy to uczucie będzie odwzajemnione. Natomiast osoba, w której budzą się uczucia do osoby tej samej płci, przeżywa o wiele bardziej skomplikowany proces. Pojawia się bardzo silne poczucie winy, nieprzystosowania, grzechu - że to, co czuję, jest złe, niedopuszczalne. Silny lęk przed odrzuceniem społecznym. Myślenie: co się stanie, jeżeli to wyjdzie na jaw? Co powiedzą rodzice, przyjaciele?

Uczuciu, które samo w sobie jest stresem, towarzyszy bardzo silne pragnienie zepchnięcia tego, zwalczenia. Ponieważ osoba homoseksualna skupia uwagę przede wszystkim na tym, by przestać czuć to, co czuje. Energia idzie na tłumienie - interesują mnie mężczyźni, ale zrobię wszystko, żeby do tego nie dopuścić i tego nie realizować - oraz wyparcie, czyli wymazywanie tych uczuć z pola świadomości.

Mężczyzna, który tłumi, będzie starał się budować relacje heteroseksualne, często wierząc, że relacja heteroseksualna uzdrowi w jakiś sposób jego potrzeby natury homoseksualnej. Oczywiście wiemy, że jest to niemożliwe, ale wielu gejów wierzy, że miłość do kobiety uleczy ich homoseksualizm. Ludzie bardzo często wierzą, że mogą zapanować nad tą potrzebą psychoseksualną. Że mogą być od niej silniejsi i świadomie kształtować swój los. Co za tym idzie, świadomie decydują się na drogę heteroseksualną.

Bohater reportażu marzył, by być facetem, który żyje z kobietą. Nie udało się. Dziś myśli, że skrzywdził ją i oszukał, bo wiedział, że tak naprawdę woli mężczyzn. 

Zwykle on walczy z samym sobą i wierzy, że homoseksualizm da się wyplenić. Wkłada wielki wysiłek w to, żeby stać się kimś innym, zbudować innego człowieka w miejsce tego, którego sam w sobie nie akceptuje. I zazwyczaj osoby, które podejmują decyzję o takim życiu, nie decydują się na świadome oszustwo i świadomy kamuflaż w postaci relacji z żoną.

Chociaż sytuacje kamuflażu też bywają - na przykład gej nieakceptowany z powodu swojej orientacji przez rodzinę, która jest bardzo religijna, wiąże się z lesbijką mającą ten sam problem. Zawierają fikcyjne małżeństwo, by funkcjonować społecznie.

Jednak z czasem u większości ludzi homoseksualnych będących w heteroseksualnych związkach dochodzi do całkowitego zamknięcia się w sobie. Uświadamiają sobie, że nie mogą się realizować, nie mają satysfakcji z życia, bo jest ono nieprawdziwe. Wtedy dochodzą też depresje, nerwice, niskie poczucie własnej wartości wynikające z życia w ciągłym napięciu, obciążenia tajemnicą.

Drugi scenariusz życiowy geja, mówiła pani, zakłada wyparcie tożsamości homoseksualnej. Co wtedy dzieje się w jego życiu? 

Wówczas mężczyzna nie ma świadomości tego, że de facto jest osobą homoseksualną. Może nawet pamięta, że miał homoseksualne przygody albo jakieś sytuacje z dzieciństwa, które świadczyły o tym, że coś w jego relacjach z mężczyznami było na rzeczy, jednak on tego nie interpretował, nie nazywał, nie zajmował się tym.

Zdarza się, że jest nawet homofobem. I protestuje, kiedy słyszy od partnerki, że on chyba woli mężczyzn. 

Tak, często pojawia się zaprzeczanie. Taki mężczyzna się żeni w pełni przekonany, że to jest jego droga. Do czasu, aż pojawią się w jego życiu przypadkowe doświadczenia homoseksualne, np. pod wpływem alkoholu lub w jakiejś sytuacji towarzyskiej. Albo kiedy raptem pojawi się silna fascynacja mężczyzną. I nagle ten dojrzały już człowiek, często 40-50-letni, przekonany, że jest spełniony w relacji z kobietami, staje przed faktem, że tak naprawdę jest zainteresowany tylko mężczyznami. To, co wyparte albo latami tłumione, dopada go.

A co z uczuciami wobec partnerki? Gej twierdzi, że kochał żonę. Ona w to nie wierzy. 

Te relacje z kobietami są bardzo głębokie. Zawierają w sobie silny pierwiastek przywiązania, serdeczności, przyjaźni, bliskości, opiekuńczości. Natomiast zazwyczaj bywają chłodne seksualnie lub zredukowane. Seks jest najsłabszym ogniwem związku.

Seks jest letni albo go nie ma - powiedziała bohaterka reportażu. Powstaje pytanie: może nie jestem atrakcyjna jako kobieta? 

Tak, te pytania nie dają partnerkom gejów spokoju. Dlaczego mnie wybrał? Może nie jestem atrakcyjną kobietą? Może jestem męska? A na dodatek zdradził mnie z mężczyzną! Z rywalką mogłabym walczyć, z mężczyzną nie. Nie jestem mężczyzną, jestem więc bezradna.

Problemy atrakcyjności, kobiecości dotyczą zdrady niezależnie od tego, z kim partner nas zdradza. Jednak zdrada homoseksualna jeszcze te lęki wzmacnia. A są one bezzasadne, bo ta kobieta była przez partnera wybrana właśnie ze względu na swoją atrakcyjność i kobiecość. Natomiast to, do czego jej partner poczuł pociąg, to jest tak naprawdę męskość mężczyzny.

A jednak pokutują w nas przekonania, że gej lubi chłopczyce z wąskimi biodrami, małym biustem, silne, zdecydowane. 

Typ kobiety dla geja? Statystyk nie znam. Badań na ten temat nie widziałam. Mogę tylko mówić na podstawie własnego doświadczenia. Spotkałam w swojej praktyce bardzo różne kobiety, które były żonami gejów. Od niezwykle delikatnych, dziewczęcych po bardzo zdecydowane, przedsiębiorcze i silne.

Wróćmy do naszej bohaterki. Przychodzi do pani na terapię kobieta, która po 12 latach małżeństwa odkryła, że mąż jest gejem. Płacze, że z nią nie sypia, że widziała, jak całował się z mężczyzną. Że siedział na czatach randkowych dla gejów 

Ona dowiaduje się dwóch rzeczy - że mąż ją zdradza i że robi to z mężczyznami. Trzeba poradzić sobie ze zdradą, z tą tajemnicą jej mężczyzny, a jednocześnie ze wstrętem, z obrzydzeniem. Musimy sobie zdawać sprawę, że mamy tu też do czynienia z pewnym stereotypem o skłonności gejów do nieskrępowanej, odciętej od emocji, rozwiązłej konsumpcji seksualnej.

Osoba, która bowiem nie akceptuje swoich potrzeb natury psychoseksualnej, może stłumić swoje potrzeby natury psychologicznej, ale pozostaje jeszcze popęd seksualny. Bardzo często osoby homoseksualne, które funkcjonują w związkach heteroseksualnych, jednocześnie usiłują rozładować potrzeby seksualne niezobowiązująco, przypadkowo, w czysto seksualnych relacjach - tylko po to, by rozładować napięcie. A przecież dokładnie ten sam mechanizm zachodzi w związkach heteroseksualnych. Heteroseksualny mężczyzna z jakiegoś powodu nie pożąda swojej partnerki lub też ma poczucie, że pewne czynności seksualne może wykonywać ze swoją żoną, a różne inne czynności seksualne, żeby żony nie brukać, np. z prostytutkami.

Wracając do naszej bohaterki - trzeba pozwolić jej rozładować emocje, wyrazić ogrom bólu, zawodu, oburzenia, obrzydzenia. Trzeba pomóc jej zrozumieć całą tę sytuację, całą historię, która za tym stoi.

Trzeba też pomóc jej podjąć decyzję, co ona chce naprawdę zrobić w tej sytuacji. I albo przygotować ją do rozstania, jeśli będzie tego chciała, albo do jakichś negocjacji, jeśli jest na to miejsce.

Negocjacji? Czy jest w ogóle szansa na dalsze wspólne życie żony z mężem gejem? 

Oczywiście, że tak. W całym tym konglomeracie, jakim jest miłość, zachowania seksualne, alkowa to tylko pewien aspekt tej relacji. Niezależnie od tego, czy to jest relacja z osobą homoseksualną, biseksualną czy heteroseksualną, bardzo często w związku są okresy, kiedy sfera seksualna z różnych powodów jest wyeliminowana lub też sporadyczna. Począwszy od okresów ciąż, połogów, chorób Więc bardzo często jest tak, że ludzie żyją ze sobą, kochają się, tworzą stadło, rodzinę. I jest to rodzina pełna uczucia, miłości i zaangażowania, mimo że sfera seksualna z różnych powodów nie jest realizowana.

Kiedy jedno z partnerów odkrywa swój pociąg do osób tej samej płci, zdarza się, że pary zawierają różnego rodzaju kontrakty. Ludzie dochodzą do porozumienia, że na przykład chcą żyć ze sobą, pozostać w ważnej dla siebie relacji, godząc się otworzyć ten związek na inne relacje seksualne - w których, będąc ze sobą, kochając się, jednocześnie realizują swoje potrzeby seksualne z kimś innym. To jest bardzo indywidualna negocjacja. Od partnerów zależy, co z tym zrobią.

Czasami jest też taka postawa: "Wybaczam ci, rozumiem, że masz potrzeby homoseksualne, ale umawiamy się, że tych potrzeb nie będziesz realizował". I często mężczyźni, zazwyczaj przejściowo, próbują dotrzymać takiego zobowiązania.

Rozważmy inną sytuację. Czy można tego uniknąć? Kobieta zakochuje się w mężczyźnie wrażliwym, delikatnym, nazwijmy go metroseksualnym. Ona ma już doświadczenia z mężczyznami, więc wie, co na nich działa w sferze seksualnej. Ale ten nowy w jej życiu mężczyzna nie przejawia inicjatywy w łóżku. Jest oziębły. Czy słusznie ona podejrzewa, że on jest ukrytym gejem? Kocha go i czuje lęk. 

To bardzo trudne pytanie. Z jednej strony ciągle mamy do czynienia ze schematami. Jak powinni się zachowywać prawdziwy mężczyzna i prawdziwa kobieta? Ten prawdziwy to kowboj, macho? A ta prawdziwa to kobieta ugniatająca ciasto?

Mężczyzna metroseksualny to bardzo częste zjawisko w tzw. kulturach dotykowych, np. w Hiszpanii, we Francji, gdzie mężczyźni są bardzo czuli i bardzo dbają o siebie. U nas też już jest to coraz powszechniejsze. Można więc powiedzieć, że być może ten mężczyzna jest gejem, który swoją psychoseksualność wypiera, a może to heteroseksualny mężczyzna, który dba o siebie z powodu swojej metroseksualności. Jednak jeśli na początku związku erotyka jest letnia, to wiadomo, że po dwóch latach ta relacja będzie jeszcze chłodniejsza. I jedyne, co można zrobić w takiej sytuacji, to rozmawiać.

A jeśli on powie: "To nieprawda. Nie jestem gejem"? 

Trzeba zakomunikować partnerowi: "Niepokoję się, że być może nie ja jestem obiektem twojego pożądania. Jeśli coś takiego jest, to nie odrzucę cię, ale chciałabym wiedzieć. Mam do tego prawo". Natomiast jeśli partner nie będzie chciał rozmawiać i już na początku związku relacja seksualna nie jest satysfakcjonująca - to jest wskazówka, że od początku moja bardzo ważna potrzeba nie jest realizowana. Czyli znów muszę sobie odpowiedzieć na pytanie: czego chcę od tego związku? Czy taki kompromis - związek, w którym mężczyzna jest bardzo czuły i serdeczny, ale nie zaspokaja moich potrzeb seksualnych - jest dla mnie korzystny? Czy ja to naprawdę wybieram? 


czwartek, 23 października 2014

Kilka zdań o moich kochanych klientach :)

Opiszę taki przypadek.

Zgłasza się do mnie klientka - sprawa standardowa: mąż zdradza.

Ustalamy warunki współpracy aczkolwiek chętnie bym nie podpisywała umowy z tą Panią.

Wyznaczamy dzień rozpoczęcia pracy i pada moja propozycja wynikająca z doświadczenia, aby nie zaczynać obserwacji pół godziny wcześniej niż mąż kończy pracę tylko dwie h wcześniej.  Nie dlatego, że chcę naciągnąć klientkę, tylko, że wiem i czuję, że mąż wymyka się z pracy wcześniej.

Klientka nie wyraża zgody. Zajeżdżamy na miejsce a Pana już nie ma :( Do kogo pretensje? Do nas.

Kolejny termin obserwacji. Mamy jechać za mężem, który pod wieczór gdzieś się wybiera (wyjazd piątek a powrót w niedzielę - taka "delegacja"). Znów moja propozycja, że będziemy wcześniej pod domem niż zakładana godzina wyjazdu przez klientkę czyli godz. 19. Odpowiedź klientki - nie, nie trzeba.

Cóż tym razem nie słuchając się klientki przybywamy na 18 i bingo. Facet 18.05 rusza z domu. Klientka dzwoni i pyta: "Czy Panie już są bo on rusza?" Jak mamy być, przecież życzyła Pani sobie aby rozpocząć od 19?. I teraz się posypało w naszą stronę: - "że nie profesjonaliści, że to i tamto"

Oczywiście jedziemy za facetem, który od Bemowa przebił się aż pod M.....M....(tajemnica:)). Utrzymaliśmy go choć nie było łatwo.

Zajechał o 20 bo korki były straszne. Wjechał na posesję prawdopodobnej kochanki. Zero oświetlenia. Po bokach posesji las a domek daleko w głębi posesji.

I kolejne pretensje. Pewnie domyślacie się jakie. Brak fotek. Cóż. Jak jest ciemno to nic nie zrobię.

Mimo, naszego nie profesjonalizmu klientka chce abyśmy działali dalej. Od rana.

Cóż. Okazuje się "ŻE NIE MAMY CZASU - WSZYSTKIEGO WOLNE TERMINY ZAJETĘ NA KOLEJNE TRZY MIESIĄCE" :) :) :)

Mimo usilnego zbywania klientki chyba nie zrozumiała o co nam chodziło.
Pani wzięła inną firmę i stwierdziła, że oni jednak dali radę zrobić foto auta na posesji. Pytam: - w nocy? Odp. : - "nie w dzień" Cóż, pozostało mi tylko stwierdzić, że super, że cieszę się, że im się udało w dzień wykonać tak trudne zadanie.

Nikt nie pochwalił, że udało nam się go utrzymać i znaleźć gdzie nocuje u kochanki na wyjazdach służbowych.

Mogłam nie brać w ogóle tej sprawy. Mógł ktoś inny od początku męczyć się  z tą klientką.

środa, 15 października 2014

KOBIETA DETEKTYW radzi - KOBIETY WALCZCIE O SIEBIE!!

   Być może tytuł posta nie powinien brzmieć...Kobieta Detektyw radzi...Kobieta Detektyw prosi kobiety o to aby zaczęły w końcu o siebie walczyć.
   Może nigdy bym czegoś takiego nie napisała, bo kim ja jestem aby dawać innym rady i wskazówki..
   Spotkałam się dzisiaj z klientką, która była na skraju załamania nerwowego, a raczej już nad przepaścią i to w dosłownym tego słowa znaczeniu.
    Usłyszałam dzisiaj, że gdyby nie rozmowa ze mną to może jutro nie było by z kim rozmawiać. Może byłam zbyt brutalna w naszej rozmowie, może za mocno pewne rzeczy powiedziałam, ale dla żadnego, ale to żadnego faceta nie warto tracić życia!!
     KOBIETKI!!! Nie dajcie sobie wmówić, że nie jesteście nic warte!...nie bądźcie służącymi i poddanymi swoim panom i władcom...Tak wiem, zaraz odezwą się głosy facetów, że nie są przecież tacy źli.
     Naoglądałam się, nasłuchałam w swojej działalności wielu rzeczy i sytuacji. 
Każda z Was ma prawo do godnego życia. To że mąż przyszedł z pracy i uznał, że nie ma na stole jego ulubionej zupy, czy też pysznego ciasta to nie znaczy, że ma Was wyzywać od zer i innych tego typu epitetów. Jeżeli Wasz facet mówi, że on nic w domu robić nie musi i powinnyście być mu wdzięczne za to, że jest...to odpowiedź jest tylko jedna!!
   Jeżeli facet mówi, że jesteście niczym bo macie niższe wykształcenie niż on...to odpowiedź jest tylko jedna!!
Jeżeli facet wmawia Wam, że nie zajmujecie się domem, dziećmi...a dzieci żyć bez Was nie potrafią i tak na prawdę ojciec nigdy nie ma dla nich czasu....odpowiedź jest tylko jedna!!
Ta odpowiedź to KONIEC!!!
     Co musi się stać, aby uwierzyć w siebie?? Jak długo można dawać sobą pomiatać?? Każda z Was z osobna jest piękna, wyjątkowa!! Po prostu zdajcie sobie sprawę, że bez faceta, który i tak ma Was w głębokim poważaniu też możecie żyć...Na nim świat się nie kończy. 
    Mając dzieci również można sobie znaleźć mężczyznę, który będzie Was szanował, kochał i nie będzie kręcił nosem, że na stole jest inny obiad niż on sobie wymyślił.
     Dziewczyny marzenia się spełniają!! 
Podnieście głowy do góry i walczcie!!

Pozdrawiam Was gorąco
Monika
Kobieta Detektyw

poniedziałek, 13 października 2014

Detektywi z Poznania działający na terenie całego kraju - coraz więcej skarg

Po raz kolejny otrzymałam telefon od osoby, która skorzystała z firmy detektywistycznej z Poznania, która ma posiadać oddziały w całej Polsce. Okazało się, że oni jednak, np w przypadku Warszawy jadą do niej z Poznania a nie, że sprawę wykonuje oddział warszawski.

Wymówki tychże detektywów: - moja pracownica jest w ciąży i źle się poczuła wiec musiała odpuścić śledzenie osoby
- żaden detektyw z oddziału warszawskiego nie był wolny więc pojechała osoba z Poznania ale utknęła w korkach na wlocie do Wawy

itp bzdurne tłumaczenia.

Specjalnie nie piszę co to za firma ale jeśli o takiej usłyszeliście albo dla Was pracowała napiszcie o niej do nas na detektyw535440037@gmail.com

piątek, 26 września 2014

Kiedy adwokaci wciskają kit o pracy detektywa i o swoich usługach

Ostatnio dzwoni klientka i mówi, że maż zdradza itp, i że założyła mu podsłuch i wie o wszystkim.
I pyta: "czy Państwo mogą zrobić stenogram z tych podsłuchów i podpisać się pod tym?" - Nie bo to nielegalne i raz, że taki dowód pewnie zostanie zbity w sądzie to my jako detektywi będziemy mieli sprawę karną. A klientka twierdzi: "Ale ja byłam na poradzie u Adwokata i on powiedział, że tak detektywi zrobią"
O looosie. Nic dodać nic ująć. Tłumaczyć chyba nie trzeba.
Pani poszła do kolejnego a bardziej kolejnej i ta obiecywała cuda. Co klientka sobie zażyczyła to ta obiecywała - pewnie aby tylko złapać klienta.

Doradziliśmy innego Mecenasa - tym razem osobę z wiedzą i doświadczeniem. A w międzyczasie cyk fotki z kochanką.

Pamiętajcie: jeśli ktoś obiecuje Wam cuda to raczej żaden z niego cudotwórca. Po poradach takiego to chyba pozostanie sami ze swoją wiarą.

Wasza Detektywka :)
MONIKA

czwartek, 18 września 2014

Jeszcze raz opinia o Agencji Detektywistycznej Asvalia - kobiecym biurze detektywistycznym - OSZUSTWA CIĄG DALSZY

Właśnie się dowiedziałam, że agencja detektywistyczna Asvalia, ta co ma niby kobiece biuro detektywistyczne twierdzi, że to ja się pod nich podszywam a nie oni pode mnie! 
 Policzek straszny! 
Kochani! Otóż w Warszawie moja agencja powstała jako pierwsza i z tego co wiem, Femina to jedyne zarejestrowane kobiece biuro detektywistyczne w Warszawie a i bodajże w woj. mazowieckim.
Moja strona to www.kobieta-detektyw.waw.pl a ich www.kobietadetektyw.plNigdzie nie stronie nie podają, że to tak faktycznie Agencja Asvalia. Nie mają wpisanego w działalność adresu na Domaniewskiej. 

W załączeniu skan mojego wpisu do ewidencji działalności i rejestru MSW. Zapytajcie tą niby kobiecą agencję o te dwa dokumenty - wtedy zobaczycie, że to blef!
stary wpis o ich przekręcie znajdziecie tu:
http://specjalistki-od-zdrad.blogspot.com/2014/06/agencja-asvalia-podszywa-sie-pod.htmlNiby kobieca agencja detektywistyczna podszywa się pod Femina - uważajcie na Asvalię



czwartek, 11 września 2014

Kobiety wychowują dzieci a po 20 latach zostają z niczym - czyli "Ty nie zarabiałaś tylko ja ciężko pracowałem"

Pewnie wiele z Was słyszy w kłótniach z mężem, że jesteście nierobami bo zajmować się dziećmi to każdy głupi potrafi. Otóż nie, aby zajmować sie dziećmi należy mieć nie tylko anielską cierpliwość ale i wytrzymałość ultramaratończyka.

Drogie Pani, nie dajcie sobie wmówić tekstów takich jak: "Ty zajmiesz sie wychowaniem naszego maleństwa a ja będę zarabiał pieniądze" Fakt, na początku, gdy dziecko jest małe obecność matki jest niezastąpiona ale później warto zabrać się do pracy. Nie siedzieć i nie czekać aż będzie za późno na podjęcie aktywności zawodowej.

Mam wiele klientek, które po wielu latach zmagania się z dziećmi i prowadzeniem domu zostają z niczym bo mąż postanowił opuścić małżonkę dla tej młodszej bo ona taka pracowita, zaradna itp bzdury.

Musimy pamiętać o tym, że sielanka nie trwa wiecznie.
W swojej pracy spotykam się codziennie z kobietami, które wiążą ledwo koniec z końcem, odkąd odszedł od nich mąż. Często jest to bardzo mocne obniżenie "stopy życiowej".

Niestety ta Pani, która liczy, że po rozstaniu z mężem, on będzie taki dobry i hojny i zostawi jej mnóstwo pieniędzy, przy pierwszym starciu rozwodowym mocno przeciera oczy. Małżonek ani myśli żeby pieniędzmi się podzielić.

Niezależność finansowa od współmałżonka to jeden z wielu kroków, które powinnyśmy podjąć zanim będzie za późno.




Pani Detektyw :) poleca artykuł "Miłość i związek...., www.wysokieobcasy.pl

    Źródło: http://www.wysokieobcasy.pl/wysokie-obcasy/1,96856,16508162,Milosc_i_zwiazek__Nie_szukaj_drugiej_polowki_jablka.html#TRNajCzytSST (data pobrania: 12.09.2014r)
Zostaliśmy zanurzeni w przekazie kulturowym, który na piedestale stawia miłość namiętną, romantyczną, jakby innych rodzajów miłości nie było
Wielu ludzi wierzy w romantyczną wizję miłości, w dwie połówki jabłka, które powinny się odnaleźć i połączyć na wieczność. Warto mieć takie iluzje?

W to, że cokolwiek może trwać wiecznie, już chyba nikt dzisiaj nie wierzy. Jednocześnie ludzie są tak skonstruowani, że uważają trwanie za niezwykłą wartość. Wydaje nam się, że jeśli coś nie jest wieczne, to jakby mniej istniało. A przecież fakt, że zimą jest śnieg, a latem go nie ma, nie oznacza, że zimy nie było.

Co pan przez to rozumie?

Niektóre rzeczy po prostu powtarzają się cyklicznie, a inne zanikają bezpowrotnie. To jest życie. A my zostaliśmy zanurzeni w przekazie kulturowym, który na piedestale stawia miłość namiętną, romantyczną, jakby innych rodzajów miłości nie było. To widać wszędzie, począwszy od bajek, przez literaturę, po filmy. Szukają się dwie połówki jabłka i jeśli się odnajdą, to taka para będzie żyć szczęśliwie aż po grób. Przy czym kultura skupia się raczej na ekscytującym czasie poszukiwań, a nie na późniejszym "aż po grób". "Ogniem i mieczem" Sienkiewicza kończy się, kiedy para staje na ślubnym kobiercu. Tak samo "Potop". Tak jakby dalej nie było nic ciekawego do opisywania.

Bo czasem tak to się kończy.

Często jednak nie, chociaż trudno wyobrazić sobie związek, który przez cały czas miałby charakter namiętny. Fajnie trwać we wzajemnym zachwycie przez dwa, cztery lata - to zwykle tyle trwa - ale przeżywać namiętne porywy 40 lat? To by było potwornie męczące.

Czym jest ta namiętność? To seks?

Między namiętnością a seksem jest spora różnica, ludzie przeżywają jedno i drugie niezależnie od siebie. Namiętność ogniskuje się na jednej osobie. A pożądanie seksualne może być rozproszone na szeroką grupę osób. Praktycznie nie zdarza się, by ktoś popełnił samobójstwo z tego powodu, że nie uprawiał seksu z jakąś osobą, bo jeśli nie może tej potrzeby zrealizować z kimś konkretnym, to znajdzie inny obiekt. A z powodu odrzuconej miłości samobójstwa się zdarzają. Poza tym seksem się handluje, a namiętnością - nie sposób.

Podczas moich badań byłem zaskoczony tym, że odczuwanie namiętności wcale nie musi podnosić satysfakcji ze związku ani sprawiać, iż ludzie będą uważali, że ich związki są dobre, sensowne albo sprawiedliwe.

Skoro nie namiętność sprawia, że ludzie czują się ze sobą szczęśliwi, to co jest tym klejem, który trzyma pary razem?

Intymność. Przyjazne uczucia wobec partnera, wspólny świat oraz to, jak para reaguje na kryzysy. Jedną z ważniejszych funkcji związku jest zapewnianie sobie wsparcia społecznego. Jeśli partner zostanie naszym najbliższym przyjacielem, nie tylko rozumie nas intelektualnie, ale też emocjonalnie. Kiedy przechodzimy przez trudne chwile, jest nam w stanie powiedzieć: "Masz prawo czuć się tak, jak się czujesz". Albo: "Jesteś fajnym, sensownym człowiekiem". I powie to wtedy, kiedy najbardziej potrzebujemy podobne rzeczy usłyszeć. To ma dobroczynny wpływ nie tylko na naszą psychikę, ale też na ciało. Wsparcie partnera chroni kobiety przed depresją, na którą zapadają cztery razy częściej niż mężczyźni. A wsparcie kobiet chroni partnerów dosłownie przed śmiercią. Mężczyźni, którzy mają szczęśliwe związki, żyją dłużej i mają lepszą kondycję zdrowotną.

Strasznie to pragmatycznie brzmi.

Że to nudne? Niedawno kolega mi opowiadał o wstrząsających wynikach badań w Stanach Zjednoczonych. Okazało się, że znaczna liczba dorosłych Amerykanów twierdzi, iż nie ma z kim porozmawiać o swoich problemach. Brakuje im tzw. bratniej duszy. I to nie są ludzie samotni, ten problem dotyczy tych, którzy trwają w związkach.

Dlaczego tak się dzieje?

Zanika intymność. Amerykanie są narodem pracoholików, dziesięć godzin w firmie, dwie godziny w aucie, brak urlopu lub urlop bardzo krótki. Życie spędzają obok siebie. Podejrzewam, że w kulturze uznającej za najważniejsze pracę i sukces bliskie związki mają niski priorytet ważności. Ale cena za to jest wysoka. Już od 30 lat dane w USA mówią, że połowa małżeństw się rozpada. Związki są płytsze albo mają charakter hedonistycznego kontraktu: ty mi sprawiasz przyjemność, ja tobie sprawiam przyjemność, dopóki sobie nawzajem świadczymy tę usługę, to bądźmy razem. Polacy do tego modelu szybko się zbliżają. Przez 25 lat wolności rósł odsetek rozwodów. Z szacunków wynika, że rozpadnie się aż połowa małżeństw obecnie zawieranych, czyli gonimy Amerykę.

Ludzie wśród powodów rozpadu związku najczęściej wymieniają tzw. niezgodność charakterów. Cokolwiek by to miało znaczyć.

Tak piszą w pozwach rozwodowych. Myślę jednak, że bezpośrednim powodem wielu rozstań jest to, że związek przestaje dawać satysfakcję, "nie maksymalizuje szczęścia". Bo dzisiaj "maksymalizacja szczęścia" stała się celem. Mam się z tą najbliższą osobą realizować, spełniać, czuć szczęśliwym.

To źle?

Jeszcze kilkadziesiąt lat temu ludzie nie myśleli o swoich związkach w kategorii wzajemnego "uszczęśliwiania". Trzeba też pamiętać, że cała cywilizacja Zachodu jest nietypowa, skoro decyzję o tym, kto z kim się łączy, podejmują sami zainteresowani. I taki dobrowolny wybór z miłości jest niezbyt stabilną podstawą związków, jak się okazuje. W innych kulturach chodzi o alians rodzin, o dobro rodu, o kultywowanie wspólnych wartości. O solidne rzeczy, a nie jakąś tam "miłość".
Czytałam ostatnio raport z badań Uniwersytetu Kalifornijskiego dotyczących aranżowanych małżeństw w USA: na początku satysfakcja ze związku wśród tych, którzy pobrali się z miłości, była większa, a w tych aranżowanych małżeństwach mniejsza. Ale w miarę trwania związku ta tendencja się odwracała.

Nieromantyczna wizja, prawda? Nie do końca wiadomo, dlaczego tak jest. Może to być efekt racjonalizacji. Mamy wielką potrzebę przekonywania samych siebie i otoczenia, że jak się nie ma, co się lubi, to się lubi, co się ma. Jeśli coś jest nieuchronne, to się staramy do tego przystosować i to polubić.

Jak właściwie ludzie powinni się dobierać? Księgarnie są pełne poradników: jeśli jesteś typem osobowości X, to szukaj kogoś z osobowością typu Y. Takie strategie mają sens?

Kiedy parę lat temu uzupełniałem swoją książkę "Psychologia miłości", szukałem wyników najnowszych badań na temat tego, co decyduje o tym, że związek jest udany. Zastanawiałem się, czy można zmierzyć jakieś cechy charakteru, tak jak to robią portale internetowe, kiedy obiecują, że nam dobiorą idealnego partnera spośród stu tysięcy kandydatów na podstawie cech i zainteresowań.

I?

Nie istnieją żadne wiarygodne dowody na to, że są jakieś cechy, których kombinacja zaowocuje udanym związkiem. Nie ma żadnych danych, które świadczą o tym, że pan A z panią B stworzą małżeństwo doskonałe albo choćby wystarczająco dobre. A jeśli nawet jakaś prawidłowość w jednym badaniu wyjdzie, to w drugim się nie potwierdza.

Czyli w zasadzie z każdym nam może wyjść udany związek?

Albo nie wyjść. Jeżeli cokolwiek działa w tej układance, to nie są to cechy psychiczne, ale socjodemograficzne. Większe szanse na powodzenie mają związki, w których ludzie pochodzą z podobnej klasy społecznej, z tej samej kultury, są tego samego wyznania, bo to oznacza, że będą wyznawać podobne wartości i podobnie myśleć o ich realizacji.

Tak naprawdę o tym, czy związek będzie satysfakcjonujący, czy fatalny, decyduje nie to, jacy ludzie są, ale jak się zachowują.

Czyli?

Wskaźnikiem, który prawie bez pudła przewiduje szanse na trwanie związku, jest wzajemna reakcja na zgłaszane problemy i pretensje. Można poprosić parę, która przechodzi jakieś trudności, żeby nagrała swoją 15-minutową dyskusję na konfliktowy temat. Jeżeli na przykład on robi jej uwagę, że fatalnie prowadzi samochód, to ona może zareagować na dwa sposoby: zastanowić się, czy rzeczywiście tak jest i co zrobić, żeby prowadzić lepiej. Albo może powiedzieć obrażona: "A ty za to chrapiesz!". To oczywiście uproszczenie, ale chodzi o to, jaką strategię w sytuacji kłótni przyjmuje partner. Czy próbuje znaleźć rozwiązanie problemu, czy raczej szuka winnego i odrzuca problem. Jeśli częściej obwinia, neguje, atakuje, niż szuka rozwiązania, to duże ryzyko, że para nie przetrwa. I to jest lepszy wskaźnik niż analiza cech charakteru.

Chodzi o sztukę kompromisu?

Raczej współpracy. Kompromis jest zwykle nietrwały, bo nikogo nie zadowala. Trwała jest współpraca, czyli znajdowanie rozwiązań, które realizują cele każdego z partnerów. Ale to wymaga autentycznej troski o dobro partnera, wychodzenia poza swoje ograniczenia, przyzwyczajenia, interesy. A to nie jest dzisiaj chyba modne. Ostatnio jedna z moich doktorantek opowiadała o związkach swoich koleżanek, 30-latek. I kilka razy pojawiło się słowo "intercyza". Kiedyś to może królowa Anglii podpisywała intercyzę przedmałżeńską, ale zwykli ludzie? Mam wrażenie, że bliskie związki zmieniają postać. Przestają być formą wspólnoty, w której to, co moje, to i twoje, gdzie jest przestrzeń na współpracę, na docieranie się - a stają się formą kontraktu. Ja będę się starał ciebie uszczęśliwić, a ty staraj się uszczęśliwić mnie. Jeśli to zadziała, przedłużamy kontrakt, a gdy pojawiają się zgrzyty, to rezygnujemy na rzecz innego związku czy też innego stylu życia, np. singlowania.

Z czego to wynika?

Z gloryfikowania wolności i indywidualizmu. Wolność jest pięknym darem. Tyle że ten dar zawiera zarówno rzeczy przyjemne, jak i takie, których wolelibyśmy uniknąć. Na przykład dużo wolności może oznaczać mało poczucia stabilności i bezpieczeństwa.

Kiedyś ludzie byli ze sobą do końca życia również dlatego, że nie bardzo cokolwiek innego mogli zrobić - trudno było przetrwać w pojedynkę, a jak byli już razem, to na zasadzie wiódł ślepy kulawego. Dzięki temu wzajemnie się wspierali. Idea poświęcenia dla drugiej osoby miała wtedy wartość, dzisiaj kojarzy się źle - z czymś w rodzaju zniewolenia.

Uważa pan, że kiedyś ludzie jakoś tak szczerzej, bardziej się kochali?

Nie wiem, ale na pewno mieli mniej alternatyw, a tym samym mniej wymagań wobec siebie nawzajem, a i wobec życia. Mam wrażenie, że mieli większą tolerancję na cudze przywary, bo byli na siebie skazani.

Moja matka urodziła się jako pruska poddana, wyszła za mąż późno, bo w wieku 28 lat, i to dlatego, że samotnym pannom groziło wywiezienie na roboty. Jej ojciec - mój dziadek - był kowalem, taką dźwignią postępu technicznego w swojej wsi; wydał ją za mąż za kawalera, który akurat wrócił z wojny 1939 roku. Matka mówiła o ojcu: "Dobry człowiek z tego Augusta był, ale trochę taki drewniany".

A była w nim zakochana?

Trudno powiedzieć. Chyba go jednak kochała. Tak naprawdę chciała zostać zakonnicą, ale wtedy zakony brały połowę ojcowizny za taki przywilej, więc ojciec powiedział: "Dziecko, są tańsze sposoby dostania się do nieba". I się nie zgodził. Zamiast tego została żoną Augusta i matką czworga dzieci. A czy ona była szczęśliwa w tym związku? Mama pochodziła z innego świata - to nie był świat, w którym osobiste szczęście było wyznacznikiem dobrego małżeństwa. Ona dzisiejszego świata by nie zrozumiała. Jak już była leciwa, kupiliśmy jej telewizor. Leciały wtedy jakieś francuskie seriale. Nie chciała ich oglądać, mówiła, że to się kupy nie trzyma, bo w jej świecie, kiedy mężczyzna z kobietą szli do łóżka, to byli małżeństwem. Ona robiła te wszystkie rzeczy - oporządzała dzieci, dbała o męża - bo to było po prostu przyzwoite. Bo tak należało.
To było udane małżeństwo?

Bardzo udane. Prawie nigdy się nie kłócili. Czasem chodzę na ich wspólny grób. Byli ze sobą 40 lat. Mama jest dla mnie ucieleśnieniem XIX-wiecznego sposobu myślenia o życiu, w którym nie było konsumpcjonizmu, hedonizmu i niepohamowanego dążenia do osobistego szczęścia. Było za to dużo pokory. To mi jakoś imponuje. Ona umiała pokochać to, co dostała. Wszyscy mamy taką zdolność, ale coraz mniej chętnie ją ćwiczymy.

Wiele osób dzisiaj powiedziałoby, że pana mama była zakładniczką tradycji. Uwięziona w konwenansach nie mogła wyrazić siebie.

Nie sądzę, żeby ona tak pomyślała o sobie, zresztą związek z ojcem to była tylko część jej życia. Po jego śmierci żyła jeszcze 25 lat, miała odchowane dzieci i koleżanki z kółka różańcowego, do których biegała uszczęśliwiona.

Może kiedyś było łatwiej być razem aż po grób również dlatego, że ludzie krócej żyli?

To też ma znacznie. Sto lat temu ludzie umierali w wieku 40-50 lat, czyli byli razem jakieś 20-30 lat. W tej chwili długość wspólnego życia to 50 lat i więcej. Oczywiście jeśli związek się nie rozpadnie.

Coraz bardziej rozprzestrzenia się zjawisko monogamii seryjnej - jesteśmy z jednym partnerem ileś tam lat, a potem z kolejnym. Kolejne małżeństwa kiedyś też były częste, ale dlatego, że któryś z partnerów umierał młodo, mężczyzna ginął na wojnie, kobieta - przy porodzie. Partner, który zostawał sam, wciąż był w wieku rozrodczym i zakładał kolejną rodzinę. Dzisiaj nowy partner to nie jest konieczność, tylko wybór.

Mówił pan, że związek dziś to rodzaj kontraktu. Odchodzimy od miłości romantycznej?

Nie, ten mit nadal obowiązuje. Niedawno opublikowano interesujące badania. Przedstawiano parom dwie metafory miłości: pierwszą mówiącą o dopasowanych połówkach - czyli podkreślano aspekt romantyczny - i drugą, która przedstawiała związek jako wspólną drogę, wspólne pokonywanie przeszkód. Okazało się, że osoby, którym zaktywizowano metaforę drogi, lepiej znosiły konflikty w związku, a pary, którym podsunięto platońską metaforę miłości, traktowały konflikty jako zagrożenie i mniej były skłonne konstruktywnie je rozwiązywać.

Dlaczego?

Bo jeśli o związku myśli się jako komunii dwóch idealnie pasujących połówek, to każda, choćby drobna kłótnia oznacza, że to jednak nie to, że nie odnalazłem swojej połówki, pomyliłem się, ratunku! Mit miłości romantycznej jest szkodliwy, bo jest nierealny - konflikty są nieuchronne w bliskich związkach. Nie ma jedności pragnień, ludzie są różni. Poza tym ten mit często czyni ludzi biernymi. No bo jeśli to nie jest moja druga połówka, to koniec. Po co próbować cokolwiek naprawiać?

A czym by pan zastąpił mit romantycznej miłości?

Metafora drogi wydaje mi się dobra. Zawiera się w niej ruch, aktywność i optymistyczne przesłanie, że chociaż nie jesteśmy dopasowani, to przecież wcale nie musimy być. Chodzi o to, żebyśmy się po trochu docierali. Życie to proces, a związek można polepszyć.

Jak?

Dbać o intymność. O ile na odpływ namiętności nie ma rady, o tyle o intymność akurat można zadbać.

Intymność też może zniknąć. Ludzie często mówią, że żyją jak obcy, odsuwają się od siebie, czasem nienawidzą.

Bo im dłużej z kimś jesteśmy, tym więcej ten ktoś nam robi złego.

Naprawdę? Czy to taka metafora?

Naprawdę! Partner przez ostatnie pięć czy dziesięć lat zrobił znacznie więcej dobrych rzeczy oprócz tego, że poczynił nam też różnego rodzaju przykrości i był sprawcą różnych rozczarowań. Ale niestety, te złe i te dobre rzeczy nie liczą się jednakowo.
Co je tak nierówno liczy? Nasz mózg?

Tak. Nasz mózg tak jest skonstruowany, że inaczej zlicza doświadczenia pozytywne, a inaczej negatywne. Te pierwsze są słabszymi bodźcami, stają się w pewnym sensie niewidzialne. Facet wyniósł śmieci - to oczywiste, taka jego rola. Ale raz nie wyniósł: olaboga, to dopiero! Krótko mówiąc, zło jest silniejsze od dobra. Terapeuci małżeństw mówią, że to jest jak jeden do pięciu. Czyli jeśli partner raz panią skrzywdzi, to musi zrobić pięć dobrych uczynków, żeby to się jakoś wyrównało.

O matko.

No właśnie. Więc jeśli chce się dbać o bliską relację, to dobrze byłoby się powstrzymywać od czynienia zła.

Problem polega też na tym, że w miarę trwania związku spada też nasza zdolność robienia partnerowi dobrze. Im dłużej mu dajemy dobre rzeczy, tym to dobro staje się mniej wartościowe, bo jest oczywiste. Jeśli partner codziennie mówi: "Ach, jak ty dziś ślicznie wyglądasz", to będzie fajne przez rok, a po pięciu latach zrobi się lekko nudne.

Za to jak usłyszę taki komplement od przystojnego kolegi...

To aż dreszcz po plecach biegnie, prawda? I potem ludzie zmieniają partnerów, na przykład na kogoś, kto jest i głupszy, i mniej wart.

Niestety, pragnienia ludzkiego serca są wewnętrznie sprzeczne, bo z jednej strony byśmy chcieli, żeby nasz partner był mrocznym brunetem, w którym tkwi tajemnica, a z drugiej strony trudno spędzić życie z kimś, kto zawsze jest tajemniczy, bo to zaburza poczucie bezpieczeństwa. Namiętność i poczucie bezpieczeństwa wzajemnie się wykluczają, a my jednak chcemy, żeby partner dawał nam i jedno, i drugie.

I co z tym fantem zrobić?

Pogodzić się z tym, że nie możemy obu tych rzeczy dostawać w tym samym momencie, ale możemy je dostawać na różnych etapach życia. Jak człowiek ma 60 lat, tak jak ja, to ekscytacja nie jest tak nadzwyczaj ważna, za to poczucie bezpieczeństwa - owszem. Trochę nas ratuje to, że potrzeba stymulacji spada z wiekiem, a trochę to, że spada też atrakcyjność alternatyw dla aktualnego związku. Bo pani ma jeszcze realne szanse na znalezienie jakiegoś fajniejszego grilla, gdyby się stary zepsuł. Ja raczej nie, więc wolę zadbać o ten związek, który mam.

Czy udany związek może być pozbawiony seksu?

Rzadko, bo natura tak nas skonstruowała, że seks to sposób na podtrzymanie więzi. Takie związki oczywiście się zdarzają, ale całkowita rezygnacja z seksu raczej przyczynia się do śmierci relacji.

W długim związku pojawia się jeszcze jeden zasadniczy problem - nuda.

Bardzo poważny kłopot, bo uczucia wymagają pobudzenia, niekoniecznie erotycznego, inaczej emocje gasną. Amerykański badacz Arthur Aron zrobił kiedyś zabawne badania na ten temat. Zaprosił pary z kilkunastoletnim stażem i kazał im robić różne stymulujące rzeczy. Część par biegała po sali gimnastycznej, pokonując różne przeszkody wymagające współpracy i zgrania ruchów, a inne pary po prostu toczyły przed sobą piłkę lekarską.

I co z tych badań wyszło?

U tych, którzy musieli pokonać wspólnie przeszkody, znacznie wzrósł poziom pozytywnych uczuć do partnera, satysfakcja ze związku i deklarowana namiętność. A tym, którzy toczyli tę piłkę, nic nie wzrosło.

Jedynym sposobem, by nudzie w związku jakoś zaradzić, jest robienie wspólnie ekscytujących rzeczy. Nie chodzi o kupienie działki i sadzenie tam kalarepy, bo to nasili problem. To mogą być wspólne podróże, zapisanie się na kurs tańca towarzyskiego, wspólna pasja do polityki.

Ucieczka od rutyny?

Tak, rutyna prowadzi do automatyzacji, a automatyzacja - do zaniku uczuć. Na szczęście w naszym życiu naturalnie pojawiają się ekscytujące rzeczy. Źródłem nieustającej ekscytacji - pozytywnej i negatywnej - są dzieci. Ich przedszkola, choroby, szkoły, egzaminy. To pobudza związek długofalowo. Ekscytująca może być też praca, o której mogą sobie opowiedzieć. Mogą to być też podobne idee, np. walka z globalnym ociepleniem albo z ideologią gender. Dobre są też wspólne wyzwania, bo nic tak nie integruje jak zagrożenie z zewnątrz - pod warunkiem że jego poziom nie jest zbyt wysoki i nie staje się zbyt dużym źródłem stresu. Na przykład dużo wyzwań zapewnia psychotyczne dziecko, ale jeśli problem się nasila i para nie jest w stanie sobie z tym poradzić, to te związki się rozpadają.

Liczy się też to, ile dajemy partnerowi wsparcia.

Ile dajemy czy ile dostajemy?

No właśnie z ostatnich badań wynika, że bardziej liczy się to, co pani daje drugiej osobie, a nie to, co pani dostaje, choć te sprawy są powiązane. Dawanie buduje mocniejsze poczucie sensu w życiu, przynosi więcej satysfakcji. Otrzymywanie jest tylko przyjemne.

Więcej rozmów z psychologami znajdziesz w książce Grzegorza Sroczynskiego i Agnieszki Jucewicz "Żyj wystarczająco dobrze"